***Liam***
- Loca loca! Loca loca! - Louis śpiewał tysiączny raz ten fragment piosenki, a ja powoli traciłem do niego cierpliwość.
Danielle i Eleanor mając go dość, poszły sobie na ploteczki do jacuzzi, które usytuowane zostało na tyłach samolotu. Jak na gwiazdy przystało musieliśmy mieć je wbudowane, bo to rzecz jasna niezbędna rzecz w samolocie. Każdy potrzebuje akurat podczas lotu posiedzieć sobie w jacuzzi.
Kiedy chciałem do nich dołączyć, spotkało się to oczywiście z ich protestem i wyrzuceniem mnie z pomieszczenia. Tak oto zostałam skazany na tego idiotę, zwanego również moim przyjacielem.
- Czy ty się możesz już przymknąć? - zapytałem rozpaczliwym głosem.
- I jeszcze raz! Loca loca! Loca loca! - wydzierał się jeszcze głośniej niż wcześniej. - Dajesz razem ze mną, Liam! Loca loca! Loca loca!
- Śpiewasz ten sam wers od pół godziny. Zresztą to nawet nie jest wers. Nie znasz nic poza tym jednym, głupim słowem - zauważyłem, podnosząc głos o co najmniej kilka tonów.
- I co z tego? Baw się. Loca loca! Loca loca!
- To nawet nie miało takiej melodii.
- Loca loca! Loca loca! Liam musi iść do klopa!
Tego już za wiele...
- Eleanor Calder, zabierz ode mnie swojego chłopaka! - krzyknąłem w kierunku, z którego wydobył się gromki śmiech dziewczyn, najprawdopodobniej spowodowany nowym tekstem piosenki Louisa. Szkoda tylko, że mnie to jakoś nie śmieszyło... No dobra, może trochę, ale nie aż tak bardzo... Okej, było śmieszne, lecz nie to było teraz najważniejsze.
- Louis, nie wkurzaj Liama - odkrzyknęła El.
- Dzięki za pomoc - mruknąłem pod nosem.
- Polecam się na przyszłość - odpowiedział mi Lou, który dokładnie w tej samej chwili... Ściągnął mi spodnie.
- Tomlinson!
Rzuciłem się za uciekającym brunetem w pogoń. Jako, że przestrzeń w naszym środku transportu była ograniczona, złapanie niebieskookiego nie stanowiło wielkiego wyzwania. Po zaledwie kilkunastu sekundach wskoczyłem mu na plecy, ujeżdżając jak jakiegoś konia.
- Wio, koniku - wydarłem się zadowolony z siebie.
- Widzę, że ciekawie się bawicie. - Swoją obecnością zaszczyciły nas nasze partnerki. Mogły przyjść szybciej. - Wolałabym jednak, żebyś takie zabawy zostawił dla swojej dziewczyny. Pozwól, że Louisem zajmę się ja - Mrugnęła do mnie okiem Calder.
Natychmiast zszedłem z barków przyjaciela, próbując odsunąć się w stronę swojej kobiety, ale przerwało mi silne trzęsienie samolotu. Witajcie, turbulencje!
- Aaaa! - Moje bębenki umarły od wrzasku, jaki wydobył się z paszczy Tommo.
Od razu znalazł się przy mnie i przestraszony wtulił twarz w moje ramię. Jaki z niego twardziel...
- Ej, Tomlinson, z ciebie to dupa, a nie mężczyzna - zażartowała Dan, co wywołało falę śmiechu wszystkich oprócz samego zainteresowanego.
Jednak w momencie, gdy chłopak zaczął drżeć, zaprzestałem i objąłem ciągle wtulonego we mnie Louisa. Pocierałem delikatnie jego plecy, szepcząc uspokajające słowa.
- Przepraszamy za problemy, ale dotarliśmy już prawie do celu i pilot zabrał się do lądowania. Prosimy o chwilowe zajęcie miejsc - przekazała nam komunikat Stewardessa, po czym spowrotem zostawiła nas samych.
- Słyszałeś, Lou? - zagadnąłem. - My po prostu lądujemy i stąd te turbulencje. Nie masz się czego martwić. A teraz chodźmy usiąść tak, jak nas proszono.
Pociągnąłem go delikatnie za łokieć, sadzając na kanapie tuż obok siebie. Po mojej drugiej stronie usiadła Danielle, która oparła głowę o moje ramię. Pocałowałem ją w czoło i westchnąłem.
No to zabieramy się za lądowanie...
***Zayn***
- Sio mi stąd! - Pacnąłem drewnianą łopatką Nialla w rękę.
Blondyn od kilku minut przymierzał się do ukradnięcia mi choć trochę jakiegoś przygotowywanego przeze mnie jedzenia. Było to jednak nieskuteczne.
Mistrzem w gotowaniu nie byłem, ale jak trzeba było, to umiałem coś na szybko upichcić. Zazwyczaj albo jadamy na mieście, albo posiłkami zajmuje się Harry. Jak dla mnie jest to najlepsze rozwiązanie, ponieważ nienawidzę stania przy garach. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy to lubią, i których to odpręża. A już szczególnie nie mogę pojąć, jak niektórzy wybierają sobie to jako zawód wykonywany codziennie po kilka godzin. Ja bym chyba zwariował.
Ależ ty już zwariowałeś, a wcale nie pracujesz w tym zawodzie.
To znowu ty?
Nie przyzwyczaiłeś się jeszcze?
Cały czas mam cichą nadzieję, że w końcu się ode mnie odczepisz i dasz mi święty spokój.
Niedoczekanie.
Nie chciałbyś może wybrać się na jakieś wakacje?
W sumie to mógłbym.
Idealnie by było, gdybyś się wybrał na drugą stronę kuli ziemskiej.
W porządku. Tylko zamiast kuli ziemskiej, wybiorę się na drugą stronę twojego umysłu. Hehe.
Nie śmieszne...
- No daj posmakować. Chociaż odrobinę, odrobinkę, odrobineczkę - prosił mnie żarłok.
- Dostaniesz swoją porcję jak już skończę, a teraz lepiej poszukaj trzech talerzy i wyjmij na nie makaron. Ja już kończę - poinformowałem go.
W czasie, gdy głodomor nakładał makaron na naczynia, ja ostatni raz przemieszałem drewnianą łyżką sos i wyłączyłem ogień. Sięgnąłem po jedno z nakryć i nałożyłem resztę składników. Tak samo postąpiłem z kolejnymi dwoma.
- Bierz, to twoje. Smacznego - odezwałem się do Horana i podałem mu jeden z talerzy. Rzecz jasna ten, na którym znajdowała się największa porcja. Jednak znając Niallera, to i tak będzie za mało, a dokładka będzie potrzebna w stu procentach.
- A ty nie jesz? - zapytał, bo widział, że opuszczałem kuchnię z posiłkiem w reku.
- Zaraz wrócę i zjem z tobą. Idę tylko zanieść to Emily - odparłem i ruszyłem do pokoju siostry Liama.
***Emily***
Trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt dwa. Nienawidzę Zayna. Trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt trzy. Strasznie go nienawidzę. Trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt cztery. Ugh, jak ja go nie znoszę. Trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt pięć. Nie cierpię. Trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt sześć. Jak on mnie wkurza. Trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt siedem. Nie wytrzymam tu z nim. Trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt osiem. Mam go dosyć. Trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt dziewięć. Nigdy więcej się do niego nie odezwę. Trzy tysiące pięćset dziewięćdziesiąt. Nawet na niego spojrzę. Trzy tysiące pięćset dziewięćdziesiąt jeden. Totalna ignoracja. Trzy tysiące pięćset dziewięćdziesiąt d...
Kogo tu znowu niesie?!
Przekręcanie zamka i skrzypienie tych cholernych drzwi powoli zaczynało stawać się najgorszym i najbardziej znienawidzonym przeze mnie odgłosem.
Gdy wrota rozwarły się wystarczająco dużo, spostrzegłam, że "moje" skromne progi nawiedził nie kto inny jak Zayn wkurzający mnie swoim istnieniem Malik. No nie, znowu on...
- Cześć, dziecinko - odezwał się.
"Dziecinko"? Co to ma w ogóle być za tekst? Nie jestem już dzieckiem przecież. Niech się tak niewywyższa.
Zgodnie z danym sobie słowem, nie zaszczyciłam go ani jednym, pojedynczym spojrzeniem. On jednak nic sobie z tego nie zrobił i bez zbędnych ceregieli podszedł do mojego biurka, kładąc na nim jakieś naczynie.
- Przyniosłem ci obiadek. Mam nadzieję, że zrobione przeze mnie spaghetti ci zaskakuje, bo nie jestem jakimś wybitnym kucharzem - zaśmiał się cichutko pod nosem i był to najbardziej uroczy dźwięk, jaki słyszałam w ostatnim czasie. Emily, nawet o tym nie myśl! A już w ogóle to nie zwracaj uwagi na jego umięśnione... Dość!
A wracając... Jak ja kocham spaghetti! Co prawda miałam go ignorować, ale to jedzenie pachniało tak smakowicie, że musiałam się skusić. Grzechem byłoby pozwolenie na zmarnowanie się takich pyszności. Po prostu nie będę się do niego odzywać i na niego patrzeć. Tyle wystarczy.
- Słyszałaś, co powiedziałem? - dopytał Zee, jakby trochę zmartwiony. Nie ze mną te numery. Świetnie wiem, że to nie prawda.
Przeszłam obok niego z pełną obojętnością wymalowaną na twarzy i przysiadłam na obrotowym krześle wysuniętym pod mebel, na którym czekał na mnie obiadek.
- Emily, wszystko okej? Czemu się do mnie nie odzywasz? - Zrobił pauzę, oczekując jakiejkolwiek reakcji z mojej strony. - Powiedz coś.
Nagle Malik gwałtownie obrócił mnie w swoją stronę. Przez to nasze twarze dzieliło jedynie kilka centymetrów. Jedynie kilka centymetrów, a zetknęlibyśmy się wargami.
- Domyślam się, że nie chcesz, abym sprawdzał czy posiadasz język. Jadnak jeśli nie odpowiesz mi w tym momencie, to będę do tego zmuszony - powiedział ściszonym, nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Jego oddech owiał moją skórę, wywołując gęsią skórkę i jakieś dziwne uczucie, a niespotykane ciepło rozlało się po moim ciele.
- Dziękuję za posiłek - wychrypiałam tak cicho, że nawet nie byłam do końca pewna, czy to usłyszał.
- Nie ma za co, ale nie o to mi chodziło.
- A o co? - dopytałam.
To na tyle z mojego postanowienia i nie paplania. Gratuluję, Emily...
- Chciałem, żebyś powiedziała co się stało. Nie próbuj nawet mówić, że nic, bo i tak ci nie uwierzę. Takie bajki to ty możesz odpowiadać dzieciom, ale nie mi. Zrozumiano?
Jedyne na co było mnie stać w tamtej chwili to kiwnięcie głową.
- Chyba powinienem sprawdzić, co z tym twoim językiem się dzieje.
- Nie ma takiej potrzeby - przerwałam mu odrobinę zbyt szybko.
- A więc zacznij go używać. To co się stało?
- Nie musisz tu ze mną siedzieć. Możesz spokojnie pójść do Niki. Ja się sama sobą zajmę - powiedziałam, udając, jakby mnie to nie interesowało. Jednak prawda była inna i we wnętrzu aż się we mnie gotowało. Tak naprawdę nie wiedziałam dlaczego.
- Chwila, chwila... Wróć. Mam pójść do kogo?
- No do Niki - powtórzyłem.
- Niby jakiej Niki? Nie znam nikogo takiego.
Jeszcze się wypiera? A to dupek!
Tak okłamywać Emily Payne? O nie! Tak się bawić nie będziemy.
- No tej, która do ciebie dzwoniła.
- Niby kiedy dzwoniła, co? - zadawał kolejne pytania.
Niech nie zgrywa Greka, bo wyraźnie widziałam na wyświetlaczu komórki imię "Nika".
- No wtedy, kiedy rozmawialiśmy. Pytałeś o moją przeszłość, ale nie odpowiedziałam, ponieważ przerwał nam twój dzwoniący telefon. Zupełnie przez przypadek zerknęłam na ekran, gdzie widniało takie imię - wytłumaczyłam, rumieniąc się lekko.
Myślałam, że Zayn zacznie na mnie krzyczeć za naruszanie jego prywatności, lecz nic takiego nie miało miejsca. Nawet w snach nie przewidziałabym, że mężczyzna zacznie się śmiać w niebogłosy. Przez dobre, parę minut za nic nie potrafił się uspokoić, a ja patrzyłam na niego jak na jakiegoś wariata, który chyba właśnie urwał się z choinki.
- Co cię tak śmieszy?
- Bo to nie żadna Nika, tylko Niall! - Ogarnęła nim jeszcze większa głupawka niż przedtem.
Wyciągnął z kieszeni spodni swojego srajfona i pokazał mi listę kontaktów. Ostatnią osobą, z jaką rozmawiał był... Rzeczywiście Niall. I w ciągu dzisiejszego dnia nie kontaktował się z nikim, kto nazywa się Nika.
Upsik...
———————————————————
Witam, wszystkich! :)
Nadal coś Nas mało... :(
Kolejny rozdział z serii "krótkie i beznadziejne", ale jest. Ocenę pozostawię Wam.
Prawda o naszej tajemniczej Nice wyszła na jaw. Jak Wam się podoba taki obrót sprawy?
W najbliższym rozdziale mam zamiar trochę bliżej przyjrzeć się Waszej ulubionej parce. ;)
Staram się nadrabiać u Was zaległości, a jeśli jeszcze tego nie zrobiłam, to spodziewajcie się mnie w ten weekend.
Kto się cieszy z powodu nadchodzących wakacji?
Przeczytałeś? Zostaw po sobie jakiś ślad! To bardzo motywuje :)
Następny za tydzień w piątek.
Życzę wszystkim miłego tygodnia i zdania do następnej klasy lub zaliczenia wszystkiego na studiach!
Buziaki💋